niedziela, 27 kwietnia 2014

Odzyskałam kontrolę - nie mam na myśli tylko tej związanej z jedzeniem, chodzi także o naukę. Uwielbiam to poczucie panowania nad życiem. Nie znoszę, gdy coś dzieje się jakby poza mną, a niestety dość często tak miewam. Szczególnie w chwilach, kiedy zaczynam jeść pod wpływem napadu. Poczytałam ostatnio sporo na ten temat. Dowiedziałam się, że cierpię na napady kompulsywnego objadania się, które prawdopodobnie spowodowane są tym, że kiedyś mogłam mieć w sobie zalążek anoreksji (albo może naprawdę ją miałam? Objawy na to wskazują... ). W każdym bądź razie chciałabym być zdrowa. Co znaczy pojęcie "zdrowa" według mnie? Pozbyć się całkowicie jakichkolwiek napadów, dojść do szczupłej (tym razem nie wychudzonej) sylwetki, czyli 50 kg. Dalej? Żyć normalnie, zdrowo, aktywnie. Tak, to moje marzenie. Czy się uda? Jestem dziś pełna pozytywnej energii.

Bilans z wczoraj - 1000 kalorii. Wiem, że wyszło trochę więcej niż powinno, ale to przez ognisko. Wypiłam dwa piwa. Nie chciałam wódki, ponieważ jakoś nie miałam ochoty na powtórzenie historii ze studniówki i po prostu upicie się, a tak niestety działa na mnie ten jakże uroczy alkohol. Dziś - 790. Udało się, zmieściłam się w 800. Zdałam sobie sprawę, że muszę jeść pieczywo. Już wolę spożyć jedną kromkę chleba z cienko posmarowanym serkiem, aniżeli być jeszcze bardziej głodną, co prowadzi mnie do napadu. Wczoraj dużo ćwiczyłam. Do tego stopnia, że teraz ledwo chodzę. Cierpię na ogromny ból spowodowany zakwasami. Moja uda wołają o pomoc... nie powinnam ich wczoraj tak bardzo przemęczać. Przejdzie i robię sobie powtórkę. Poczucie zmęczenia - coś wspaniałego.

Miałam ochotę dziś napisać jakąś ciekawą notkę. Może większe przemyślenia, ale od pisania prezentacji maturalnej pozbyłam się całkowicie weny. Jednocześnie jednak nie chciałam milczeć. Przecież nie chodzi o to, by wcześniej wyznać, że miało się napad, a potem zniknąć na nie wiadomo ile. Ponoszę pełną odpowiedzialność swoich czynów. Chciałam Wam pokazać, że udało mi się podnieść, że jest lepiej. Ważyłam się. Nie przytyłam, ale też nie schudłam. 61 kg. Brak piątki z przodu, co prawda wywołuje ciarki na moim ciele, ale zawsze mogło być gorzej. W końcu nie przytyłam.


Czy tym razem będzie dobrze?
Czy nie poddam się?
Czy jestem silna?
Nie jestem grubą świnią.
Jedzenie mną nie rządzi.
To ja rządzę nim.
Jest lepiej.
Będzie jeszcze lepie.




 Zdałam sobie ostatnio sprawę, że zaniedbuje swoje pasje. Nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłam aranżację jakiejkolwiek piosenki. Kiedy coś tworzyłam? Grałam? Jak można tak zapominać w życiu o tym, co najważniejsze. Jestem zła na siebie pod tym względem. Moje myśli zataczają błędne koło - albo jedzenie, albo matura. Przesadzam. Koniec z tym. Jutro będę grała dopóki nie poczuje bólu palców, a to zdarza mi się rzadko, bo mam bardzo twarde opuszki. Także przede mną miły dzień.



Trzymajcie się, buziaki!

środa, 23 kwietnia 2014

Upadam, upadam, upadam, upadam tak nisko, że niżej się nie da. Próbuję się podnieść, lecz nie wychodzi. Wysiłek idzie na marne. Tak jakby coś mnie przygniatało, stwarzało opór. Co to takiego? Jedzenie. Góry tłuszczu, cukru. Drugie coś szepcze mi do ucha "Co narobiłaś? Upadłaś, teraz nic Ci nie pomoże. Nie jestem już twoim przyjacielem." To coś, kiedy nie jem - jest moją motywacją, mówi, jaka silna jestem, a gdy napycham się - wyzywa od najgorszych, równa z ziemią, doprowadza do łez, sprawia, iż nienawidzę samej siebie.
Wczoraj zbyt wcześnie napisałam notkę. Wieczorem nic nie mogło mi pomóc. Miałam napad, napad.... jak ja nienawidzę tego słowa! Patrzyłam potem na swój ogromny brzuch. Nie pamiętam, kiedy ostatnio było tak źle. Czułam się strasznie. Nie tylko psychicznie, ale także fizycznie. Żołądek mnie bolał, byłam ociężała. Dlaczego zawiodłam? Nie mam pojęcia. Po prostu się stało. Niestety znów nie mogłam zwymiotować, a tak bardzo chciałam. Leżałam pod kocem, płacząc. Straciłam to, co osiągnęłam. Jestem beznadziejna. Nigdy nie schudnę. Oczywiście dziś wszystko wróciło do normy. Mam wręcz obrzydzenie do jakiegokolwiek jedzenia. Chciałabym sobie zrobić dwudniową głodówkę, aczkolwiek moja mama jest w domu, więc prawdopodobnie będę musiała coś zjeść, choć mam cichą nadzieję, że tak się nie stanie. Nie napiszę więc bilansu z dziś. Uczynię to dopiero jutro. Nie chcę zapeszać, aby nie było tak jak wczoraj. Przecież jestem nieprzewidywalną idiotką, grubą świnią z ogromnym brzucholem.
Zawiodłam siebie, zawiodłam Was. Wstyd mi przed samą sobą, wstyd mi przed Wami. Przepraszam siebie, przepraszam Was.

NIE BĘDĘ MIAŁA DZIŚ NAPADU.
NIE BĘDĘ MIAŁA DZIŚ NAPADU.
NIE BĘDĘ MIAŁA DZIŚ NAPADU.
NIE BĘDĘ MIAŁA DZIŚ NAPADU.
NIGDY WIĘCEJ....
NIGDY WIĘCEJ....
NIGDY WIĘCEJ....
NIGDY WIĘCEJ....

Wymawiam to sobie. Pomaga? Nie bardzo. Przecież wmawiałam milion razy. Myślałam, że już jest dobrze, ale myliłam się. Byłam w błędzie. Upadłam, upadłam tak nisko. Dziś podniosłam się. Dotarło do mnie.... Jednak brak mi silnej woli.
Gdy odchudzałam się za pierwszym razem nie miałam żadnych napadów. W sumie jakby nie patrzeć  narodziły się wtedy, gdy mama pogroziła mi psychiatrą. Więc to przez nią? Nie... przez mój lęk, że mogłam być chora. Wtedy się poddałam i teraz to ciągnie się za mną. Chodzi jak jakiś bezdomny pies, którego nie chcę. Nie chcę być gruba, nie chce mieć napadów.







Byłam dziś w szkole chociaż chwilę. Zdałam sobie sprawę, że będę tęsknić za tym wszystkim. Nawet za swoją nienormalną klasą. Będzie mi brakowało poczucia, że jestem najlepsza. Mam najlepszą średnią w klasie, najlepszą frekwencję, ale i tak nie jestem zadowolona. Mogło być lepiej. W piątek mam ognisko pożegnalne. Niestety nie będę mogła sobie pozwolić na żaden alkohol. Ma zbyt dużo kalorii. Szkoda, ponieważ mam ochotę trochę się odstresować, zaszaleć, pobawić się, by oderwać myśli od matury i problemów.
Wczoraj uczyłam się sporo. Dziś też zamierzam.

Miłego dnia, buziaki!

wtorek, 22 kwietnia 2014

Nie mogę odnaleźć wewnętrznego spokoju. Czuję straszny niepokój. Chciałabym, aby to uczucie wreszcie minęło. Borykam się także z ogromnym brakiem zorganizowania. Zawsze taka poukładana, a teraz? Najchętniej leżałabym, spała i nic nie robiła. Po prostu mam dosyć. Miniony rok szkolny był dla mnie bardzo ciężki. Nie chodzi mi tylko o szkołę. Początkowo miałam wiele innych problemów. Wydaje mi się, że zbyt późno się z nimi uporałam, przez co straciłam kilka miesięcy. Czas leci nieubłaganie szybko, a my w żaden sposób nie możemy na to wpłynąć. Dopiero co zaczynały się święta, miałam tyle zrobić, tyle planów, aż tu nagle te sześć dni wolnego od szkoły przeleciało między palcami, prawie niezauważalnie, nic po sobie nie pozostawiając. Jestem zła na siebie, bo przecież sama zawaliłam, nikt mnie do tego nie zmuszał. Choć może potrzebowałam tych kilku dni na regenerację sił? Całkiem prawdopodobne. Oto moment na nadrabianie tego. Do matury pozostały dwa tygodnie, nie jest źle. Zresztą dzięki swemu przecudownemu nazwisku i klasie "f" ustne mam dopiero pod koniec maja, a i pisemny francuski dość późno, dzięki czemu zyskam trochę więcej chwil na naukę.


Uporczywość pamięci



Natomiast jeśli chodzi o jedzenie. Dieta trwa. Czyżbym całkowicie wyleczyła się z napadów? Wszystko zapowiada się dość obiecująco, ale jednak jestem zdania, że nigdy nie powinno mówić się nigdy. Mogę zaskoczyć jeszcze samą siebie. Oczywiście wolałabym bardziej pozytywnie, lecz niekiedy nie mam na to wpływu. Trochę absurdalne, bo niby każdy ma własną wolę, jest odpowiedzialny za swoje czyny, ale co poradzić na takie sytuacje, gdy coś robimy bezmyślnie, mimowolnie? Przecież takowe też się zdarzają. Dopiero później dociera do nas, co takiego uczyniliśmy, za tym człapią się wielkimi krokami wyrzuty sumienia.

Jest piękna pogoda, a mi tak bardzo nie chce się wychodzić. Od rana biegałam i załatwiałam sprawy. Kupiłam prezent wychowawcy, zamówiłam kwiaty w kwieciarni. Sprawiłam sobie też ładne lakiery do paznokci, tak aby choć trochę poprawić sobie humor. Piękna pogoda, koniec szkoły, chudnę... powinnam być szczęśliwa, a jednak nie jestem. Czuję, że coś jest nie tak, ale do końca nie potrafię stwierdzić, co mnie gryzie. NIEPOKÓJ. Poza tym już drugi dzień z rzędu dręczą mnie dziwne sny. Nie pamiętam ich nawet do końca, ale wiem, że bardzo się bała. Niczym bohaterka jakiegoś horroru. Nie mogę wyzbyć się okropnego strachu. Rano obudziłam się cała zlana potem. Gdybym chociaż wiedziała, co mi się wyśniło. Jakaś postać, która wywoływała lęk. Tylko tyle, nic więcej nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Wczoraj natomiast ta woda lejąca się z sufitu, a w środku kałuży moja koleżanka, z którą raczej nie mam już kontaktu. Skłania mnie to ku refleksji.
Nie wierzę w sny, więc dlaczego się tym przejmuję?

Zjadłam dziś:
Jakieś 100 g gotowanej piersi z kurczaka, jednego ziemniaka i kawałek ogórka świeżego. Na kolację zjem może jakiś jogurt. Poza tym nic. Ewentualnie napiję się pepsi light, kawy lub herbaty. Ilość kalorii? Mam nadzieję, że nie przekroczę 600.
Niedługo idę pojeździć na rowerze. Jadę do koleżanki, która mieszka jakieś 10 km ode mnie. Trochę się boje - w tym sezonie jeszcze ani razu nie jeździłam, więc moja kondycja nieco kuleje. Wszystko przez to, że nie mam własnego roweru i muszę pożyczać od brata, który daje mi go z łaską.

Nowe zasady:
1. 800 kalorii.
2. Ćwiczenia codziennie.
3. Jem śniadania.
4. Dużo owoców, bo dzięki nim nie czuję aż tak bardzo głodu.
5.  Pieczywo spożywam w minimalnej ilości.
6. Staram się pamiętać o tym, że muszę pić.




Trzymajcie się!




poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Od kilku lat zataczam błędne koło. Jestem uwikłana w klatce zaburzeń odżywiania. Sama nie wiem, dlaczego tak się stało. Przecież nigdy nie byłam otyłym dzieckiem. W dodatku mam bardzo chude kości, drobne dłonie i stopy. Mimo wszystko - nie potrafię zaakceptować siebie samej. Nienawidzę swojego ciała tak bardzo, iż za wszelką cenę pragnę je zmienić. Czy to kiedyś się skończy? Rzeczywiście... mam nadzieję, że gdy dojdę do 50 kg, wreszcie poczuję się lepiej we własnym ciele. Bo tu nie chodzi tylko o mój organizm. Cierpi również moja psychika oraz dusza. Głowa pęka mi od natłoku myśli o odchudzaniu, od liczenia kalorii, lecz jednocześnie nie potrafię przestać. Poza tym wydaję mi się, że gdybym coś zmieniła - wbrew pozorom poczułabym się gorzej. Zaczęłoby mi czegoś brakować. Targają mną skrajne emocje. Chciałabym żyć normalnie, a jednocześnie nie umiem sobie wyobrazić innej drogi.
Wiecie, co mnie jeszcze boli? Wszyscy ludzie, którzy mnie otaczają są ślepi. Nikt z nich nie zauważył, że wciąż mam problem. Powinnam się cieszyć, ponieważ dzięki temu nie jestem tak bardzo kontrolowana, ale mam żal... ludzie tak naprawdę nie interesują się innymi. Moja mama wciąż gada o swojej pracy albo, że jest brudno w domu, a brat? On natomiast zajęty jest swoimi pasjami. Nawet nie mam osoby, z którą szczerze mogłabym porozmawiać na te tematy. Kiedyś, a tak właściwie całkiem niedawno, próbowałam rozmowy z "przyjacielem". Wyznałam mu, co mnie dręczy, ale nie zauważyłam, żeby wziął to do serca. Chyba nawet mógł mi nie uwierzyć, choć prawdopodobnie tylko ja odniosłam takie wrażenie.

Marzę o tym, by spotkać na swej drodze bratnią duszę. Wiem, że to trochę błahe, takie zwykłe, ale każdy z nas chciałby mieć prawdziwego przyjaciela. Nie musi nawet dzielić takich samych pasji, nie musi być idealny, może mieć wady. Najważniejsze, by potrafił słuchać oraz mówić. Nie lubię, gdy ludzie tylko słuchają i sami nic od siebie nie wnoszą. Jest moment, gdy należy kogoś wysłuchać oraz taki, gdy doradzić, albo powiedzieć proste słowa "będzie dobrze". Co prawda teraz nie czuję się aż tak bardzo samotna, jak ponad rok temu. Od wakacji aż do grudnia miałam dość burzliwy czas, dlatego gdy nastał spokój byłam bardzo zadowolona. Zauważyłam, że gdy mam zbyt dużo momentów dla siebie tęsknie za chwilami, które spędzałam z innymi, a gdy już jestem z kimś - marzy mi się odrobina samotności. Nie potrafię znaleźć złotego środka. We mnie tkwi wina? Odpycham ludzi od siebie?
Samotność nie zawsze musi mieć coś wspólnego z brakiem towarzystwa. To dość ciekawe stwierdzenie. Pojęcie to bardzo mnie interesuje. Dlaczego ludzie są niezrozumiani przez innych? To ich wina?

Święta, święta... zaraz po świętach. A ja? Jestem w proszku. Przez tą atmosferę wypadłam z rytmu uczenia się. Znów powracają myśli, że jestem bez niczego, że nie zdam matury. Jutro muszę się pouczyć. Zresztą, przecież ja jeszcze nie mam dokończonej prezentacji! Olać święta - czas na zapierdziel. Minie jak do tej pory najgorszy dla mnie okres i nadejdą wyczekane wakacje.

Bilans: 780 kalorii. Tak, udało się. Jutro? Zjem jeszcze mniej. Co więcej - nie jestem głodna.

Mam nadzieję, że wy również dajecie radę z dietami. Buziaki!

niedziela, 20 kwietnia 2014

Święta mnie przerażają. Góra jedzenia, zapachy rozchodzące się po całym mieszkaniu. Tak trudno jest mi się powstrzymać przed spróbowaniem, ale wiecie co? Daje radę. Mimo, że dziś gotowałam - robiłam ciasta, sałatki - niczego nie spróbowałam. Żadnego słodkiego ciasta z przepyszną polewą, czy kawałka kiełbasy. Zupełnie nic! Jestem z siebie naprawdę dumna, ponieważ to wielkie wyzwanie. Mam nadzieję, że tak już będzie do końca świąt. Staram się myśleć pozytywnie.
Jednakże obawiam się trochę jutra. Wiem już, że będę trzymała kontrolę, bo po prostu wierzę w siebie, ale nie mam pewności czy moja mama niczego nie zacznie podejrzewać. Pierw śniadanie, które w ten czas jest bardzo wystawne, dodatkowo całą rodziną siedzimy przy wspólnym stole. Jak mam jeść (a raczej udawać, że jem), gdy wszyscy wpatrują się we mnie? Będzie ciężko, ale myślę że dam radę. Udało mi się jakoś wpłynąć na mamę i namówiłam ją do zrobienia sałatki z brokułów i jogurtu naturalnego. Tym trafem będę miała coś, co będę mogła wziąć do ust przy wszystkich, a jednocześnie nie ładując w się zbyt dużo kalorii. Zresztą nie śniadaniami czy kolacjami się martwię - gorzej z obiadem. Niby mama jest przyzwyczajona do tego, że nigdy nie jem smażonego, więc musi mi gotować mięso i o dziwo nie stawia żadnych oporów, ale i tak się boję, bo wolałabym w ogóle zrezygnować ze zwyczajnego obiadu, natomiast zastąpić go czymś lekkim. Cóż, teraz chyba nie będę miała takich możliwości. Wielka szkoda, co jednak nie oznacza, iż zamierzam załamać daną obietnicę i zjeść ponad 1000 kalorii. O nie! Wszystkie zasady jak najbardziej pozostają w normie. Aczkolwiek po świętach zmniejszę dawkę do 800, gdyż i tak zauważyłam, ze spokojnie się mieszczę. Bilans na dziś wynosi: 720 kalorii. Ćwiczyłam również, staram się codziennie. Jest dobrze, choć może być jeszcze lepiej.
Dodatkowo na noc naoglądałam się jakiś głupich programów kulinarnych, przez uczucie głodu się wzmogło. Od zawsze lubiłam gotować i oglądać tego typu rzeczy. Uwielbiam patrzeć, gdy ludzie jedzą, a w szczególności to, co zostało przygotowane przeze mnie samą.




 Zauważyłam, że nigdy w swoim domu nie byłam zrozumiana przez innych członków. W sumie nie wiem nawet skąd to się bierze. Ciągle jakieś pretensje. Szczerze? Mam tego dosyć. Z ledwością się dziś powstrzymałam przed tym, by na kimś nie wyładować wszelkich emocji, które we mnie siedziały. Jestem bardzo podirytowana. Złoszczę się z byle powodu. I wciąż ten głos w głowie, który krzyczy, że jestem za gruba. Nienawidzę wylewającego się tłuszczu. Słucham tego głosu, ponieważ on buduje we mnie motywacją do schudnięcia.

Trzymajcie sie. Dużo wytrwałości w święta.

piątek, 18 kwietnia 2014

Trzymanie kontroli? Cóż, nie będę was oszukiwać, że zawsze mi wychodzi, ale muszę przyznać, że jest znacznie lepiej. Co więcej – każda zjedzona rzecz sprawia, iż mam straszne wyrzuty sumienia. Na przykład dziś. Bilans wynosi 830 kalorii. Jak na mnie jest w porządku, ale nie potrafię sobie poradzić z myślą, że mogłam zjeść mniej. Z drugiej strony gdybym tak zrobiła zaczęłoby się ze mną dziać coś dziwnego: byłabym bardzo podirytowana, co w efekcie prowadziłoby do napadu, a na to już nie mogę sobie pozwolić. O nie! Powiedziałam STOP napadom! Niestety bardzo źle znoszę uczucie głodu. Niby jestem zadowolona, że je czuje, ponieważ to oznacza, że trzymam kontrolę, ale nie potrafię przestać o tym myśleć.
Dziś byłam z mamą na zakupach, wiecie takich przedświątecznych, i bałam się, że za chwilę wybuchnę, wezmę coś, czego nie powinnam jeść. Cały czas próbuję jakoś skierować myśli na inny tor, ale nie umiem się skupić na niczym. Jak to pokonać? Chciałabym, aby jedzenie nie było mi potrzebne do życia, ale wiem, że to niemożliwe.  Jest tyle pysznych rzeczy, na które nie mogę sobie pozwolić. Pociesza mnie fakt, że już niedługo ubrania będą na mnie lepiej wyglądały. Zresztą już udało mi się schudnąć. Ważę 61 kg. Nie jest źle, prawda? Coraz bliżej mojej ukochanej piątki z przodu.
Przestałam mówić sobie „od jutra”. Te słowa zastąpiłam innymi słowami „od teraz”.

Niekiedy wydaje mi się, że to wszystko nie ma sensu. Pytam siebie samą czy jak schudnę rzeczywiście poczuję się lepiej i będę szczęśliwsza, a co jeśli nie? W dodatku, jeżeli będzie tak jak kiedyś i nie będę potrafiła przestać? Czasami mi się wydaje, że już nigdy nie będę potrafiła żyć normalnie. Jak ludzie to robią – gdy mają ochotę wychodzą ze znajomymi na pizze, śmieją się, doskonale bawią, nie myślą o zjedzonych kaloriach, gdy są głodni jedzą to, na co najzwyczajniej w świecie mają ochotę, nie mając przy tym wyrzutów sumienia, ani napadów. Nie pamiętam już, kiedy ja tak miałam. Bo przecież nie wszyscy są grubi. Znam mnóstwo szczupłych, jedzących zwyczajnie osób. Dlaczego ja tak nie mogę mieć? Chciałabym normalnie żyć, ale nie potrafię. Życie to walka… walka z kaloriami, walka o szczupłe ciało, walka z samą sobą. 








Jestem wściekła. Czuję złość, ale nie wiem na co i dlaczego. Przypadkiem nie jest tak, że sama utrudniam sobie życie? Wyznaczając granice, cele… może to wszystko jest idiotyczne? Bez sensu? Lepiej będzie, gdy zacznę jeść – nie myśląc o tym, co jem. Najwyżej będę gruba. Chociaż nie… przecież już jestem. Chcę być szczupła. Chcę, żeby wystawały mi kości. Chcę, by ludzie mówili mi, że schudłam. Czy to kiedyś nastąpi? 




Trudno mi to wszystko znieść, ale mam nadzieję, że się uda. Trzymajcie się chudo! Postaram się częściej tu zaglądać. W końcu spokój mam już ze szkołą. Teraz tylko matura. Buziaki!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Wieczory są najgorsze, ponieważ wtedy z jeszcze większą trudnością przychodzi mi powstrzymanie od jedzenia. Dziś nawet o godzinie 22 miałam myśli, by rzucić to wszystko w cholerę i po prostu zacząć normalnie jeść, ale wiem, iż wtedy nie potrafiłabym funkcjonować, dlatego jakoś udało mi się opanować. Co prawda z ledwością wygrałam, ale dzięki resztkom silnej woli osiągnęłam dziś sukces. Także bilans wynosi: 790 kalorii. Chyba nie jest źle. Wydaję mi się, że jeśli będę jadła około 1000 kalorii, to i tak uda mi się schudnąć. Początkowo lepiej nie przesadzać, a może stopniowo uda mi się wyleczyć z napadów.  Dodatkowo miałam dość aktywny dzień. Nie ćwiczyłam, ale w zamian dwie godziny chodziłam po mieście z bratem (on robi gorzej zakupy niż kobieta, na nic nie może się zdecydować), przez dwie godziny prasowałam ubrania, po południu biegałam za czteroletnim siostrzeńcem. Takie dzieci są naprawdę ruchliwe, więc można przy nich stracić sporo kalorii.
Mimo wszystko… teraz odczuwam duże uczucie głodu. Z chęcią bym coś zjadła, ale nie mogę. Rano czeka na mnie pyszne śniadanie. Nigdy ich nie jadałam, ale od niedawna stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli będę to robiła. W końcu to najważniejszy posiłek dnia. Swoją drogą zastanawiam się czy wyeliminować całkowicie ze swojej diety pieczywo. Myślę, że wtedy mogłabym sporo schudnąć, ale z drugiej strony czym mogłabym je zastępować? Ciemne jest zdrowsze, ale prócz pełnoziarnistych bułek czy grahamek, mi nie smakuje. Poza tym nawet takie jest bardzo kaloryczne. Mam jeszcze taki problem, że wcale nie odczuwam pragnienia. Nie chcę mi się pić. Wiem, że to źle, bo jeśli się odchudzam powinnam spożywać bardzo dużo wody, ale  nawet o tym nie pamiętam i rzadko kiedy sięgam po jakikolwiek płyn – oczywiście prócz kawy, której jestem w stanie wypić ogromną ilość. Muszę to zmienić.

Jestem głodna, jestem głodna, jestem głodna… co z tego. Przecież w końcu przyzwyczaję się do takowego stanu, Wmawiam sobie, że uczucie głodu jest dobre.
To nie uczucie głodu, to uczucie zwycięstwa.
Póki co jednak jestem jeszcze sceptycznie nastawiona do samej siebie. Niejednokrotnie udawało mi się wytrzymywać bez napadów jakieś cztery dni. Będę zadowolona, gdy za tydzień wciąż będę trzymała kontrolę. Choć mam przeczucie, że tym razem będzie zupełnie inaczej, że wreszcie podołam i nie zawiodę samej siebie. Chciałabym, aby moja waga wreszcie pokazała piątkę z przodu. Będzie to dla mnie bardzo szczęśliwa chwila.

Niestety dziś w ogóle się nie uczyłam, więc jutro czeka mnie dzień nadrabiania czasu, który straciłam. Wszystko przez niezapowiedzianą wizytę siostry. Nigdy nie umiem jej odmawiać, dlatego zgodziłam się popilnować jej malucha. Uwielbiam zajmować się dziećmi. Przynajmniej na chwilę mogłam zapomnieć o szkole, maturze i wyluzować. 





Reasumując – dzień nie był najgorszy. Walczę ze złą połówką siebie, która wciąż namawia mnie do jedzenia. Staram się ją osłabić. Nie ma wyjścia, jest skazana na porażkę. 

Trzymajcie się chudo, buziaki.