Bilans z wczoraj - 1000 kalorii. Wiem, że wyszło trochę więcej niż powinno, ale to przez ognisko. Wypiłam dwa piwa. Nie chciałam wódki, ponieważ jakoś nie miałam ochoty na powtórzenie historii ze studniówki i po prostu upicie się, a tak niestety działa na mnie ten jakże uroczy alkohol. Dziś - 790. Udało się, zmieściłam się w 800. Zdałam sobie sprawę, że muszę jeść pieczywo. Już wolę spożyć jedną kromkę chleba z cienko posmarowanym serkiem, aniżeli być jeszcze bardziej głodną, co prowadzi mnie do napadu. Wczoraj dużo ćwiczyłam. Do tego stopnia, że teraz ledwo chodzę. Cierpię na ogromny ból spowodowany zakwasami. Moja uda wołają o pomoc... nie powinnam ich wczoraj tak bardzo przemęczać. Przejdzie i robię sobie powtórkę. Poczucie zmęczenia - coś wspaniałego.
Miałam ochotę dziś napisać jakąś ciekawą notkę. Może większe przemyślenia, ale od pisania prezentacji maturalnej pozbyłam się całkowicie weny. Jednocześnie jednak nie chciałam milczeć. Przecież nie chodzi o to, by wcześniej wyznać, że miało się napad, a potem zniknąć na nie wiadomo ile. Ponoszę pełną odpowiedzialność swoich czynów. Chciałam Wam pokazać, że udało mi się podnieść, że jest lepiej. Ważyłam się. Nie przytyłam, ale też nie schudłam. 61 kg. Brak piątki z przodu, co prawda wywołuje ciarki na moim ciele, ale zawsze mogło być gorzej. W końcu nie przytyłam.
Czy tym razem będzie dobrze?
Czy nie poddam się?
Czy jestem silna?
Nie jestem grubą świnią.
Jedzenie mną nie rządzi.
To ja rządzę nim.
Jest lepiej.
Będzie jeszcze lepie.
Zdałam sobie ostatnio sprawę, że zaniedbuje swoje pasje. Nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłam aranżację jakiejkolwiek piosenki. Kiedy coś tworzyłam? Grałam? Jak można tak zapominać w życiu o tym, co najważniejsze. Jestem zła na siebie pod tym względem. Moje myśli zataczają błędne koło - albo jedzenie, albo matura. Przesadzam. Koniec z tym. Jutro będę grała dopóki nie poczuje bólu palców, a to zdarza mi się rzadko, bo mam bardzo twarde opuszki. Także przede mną miły dzień.
Trzymajcie się, buziaki!









