Dziś
byłam z mamą na zakupach, wiecie takich przedświątecznych, i bałam się, że za
chwilę wybuchnę, wezmę coś, czego nie powinnam jeść. Cały czas próbuję jakoś
skierować myśli na inny tor, ale nie umiem się skupić na niczym. Jak to
pokonać? Chciałabym, aby jedzenie nie było mi potrzebne do życia, ale wiem, że
to niemożliwe. Jest tyle pysznych
rzeczy, na które nie mogę sobie pozwolić. Pociesza mnie fakt, że już niedługo
ubrania będą na mnie lepiej wyglądały. Zresztą już udało mi się schudnąć. Ważę
61 kg. Nie jest źle, prawda? Coraz bliżej mojej ukochanej piątki z przodu.
Przestałam
mówić sobie „od jutra”. Te słowa zastąpiłam innymi słowami „od teraz”.
Niekiedy
wydaje mi się, że to wszystko nie ma sensu. Pytam siebie samą czy jak schudnę
rzeczywiście poczuję się lepiej i będę szczęśliwsza, a co jeśli nie? W dodatku,
jeżeli będzie tak jak kiedyś i nie będę potrafiła przestać? Czasami mi się
wydaje, że już nigdy nie będę potrafiła żyć normalnie. Jak ludzie to robią –
gdy mają ochotę wychodzą ze znajomymi na pizze, śmieją się, doskonale bawią, nie
myślą o zjedzonych kaloriach, gdy są głodni jedzą to, na co najzwyczajniej w
świecie mają ochotę, nie mając przy tym wyrzutów sumienia, ani napadów. Nie
pamiętam już, kiedy ja tak miałam. Bo przecież nie wszyscy są grubi. Znam
mnóstwo szczupłych, jedzących zwyczajnie osób. Dlaczego ja tak nie mogę mieć?
Chciałabym normalnie żyć, ale nie potrafię. Życie to walka… walka z kaloriami,
walka o szczupłe ciało, walka z samą sobą.
Jestem
wściekła. Czuję złość, ale nie wiem na co i dlaczego. Przypadkiem nie jest tak,
że sama utrudniam sobie życie? Wyznaczając granice, cele… może to wszystko jest
idiotyczne? Bez sensu? Lepiej będzie, gdy zacznę jeść – nie myśląc o tym, co
jem. Najwyżej będę gruba. Chociaż nie… przecież już jestem. Chcę być szczupła.
Chcę, żeby wystawały mi kości. Chcę, by ludzie mówili mi, że schudłam. Czy to
kiedyś nastąpi?
Trudno
mi to wszystko znieść, ale mam nadzieję, że się uda. Trzymajcie się chudo!
Postaram się częściej tu zaglądać. W końcu spokój mam już ze szkołą. Teraz
tylko matura. Buziaki!


Rozumiem Twoje wątpliwości. Moje są bardzo podobne. Organizm się buntuję, ciężko znaleźć między tym wszystkim złoty środek, pewnie to sprawia, że czujesz się nieco zagubiona.
OdpowiedzUsuńOsoby szczupłe z natury nie miewają napadów, nie jedzą na noc i mają naturalny ogranicznik. Ja jakbym nie myślała to bym kupowała sobie słodkie napoję i obżerała się na noc. Wiem jednak, że istnieje coś pomiędzy, coś co możemy sobie wypracować, bo w końcu kiedy już schudniesz to będziesz mogła iść ze znajomymi na pizze i zjeść jakiś kawałek, jeden czy dwa i będziesz czuła się najedzona, ale nie przytyjesz od tego :)
830kcal jest ok, gdybyś zjadła mnie byłabyś jeszcze bardziej rozdrażniona, ja jak jem za mało to ostatecznie siedzę tylko i się smucę.
Nie, to ma sens. Potrafisz czuć się teraz szczęśliwa, z takim ciałem, z takim brzuchem? Hmm, niech zgadnę - nie potrafisz? Ja też to tysiąc razy przerabiałam. Zaczynałam dietę i przerywałam, bo zwyczajnie wymiękłam. Udawałam, że jest dobrze. Jadłam i tyłam. I źle się czułam. Tym razem jest u mnie inaczej, ciągle jest mnie za dużo, ale to ma sens. Jaki? Przynajmniej nie leżę teraz w łóżku z pełnym brzuchem, nażarta i bez sił. Walczę i nie mogę sobie zarzucić, że po raz kolejny jestem słaba i stać mnie tylko na otworzenie lodówki...
OdpowiedzUsuń